czwartek, 27 listopada 2014

hity na automaty

      
http://menklawa.blogspot.com/2014/11/hity-na-automaty.html#more

     Dzisiaj będzie o tajemniczym, złowrogim, zakazanym miejscu pełnym płatnych pokus zdolnych wyczyścić każdą kieszeń. Mowa o salonie gier. To tutaj walutą obiegową był żeton, a trzyliterowy podpis określał nasz byt. W czasach gdy większość gier na automaty przebijały jakością, miodnością i grywalnością to w co mogliśmy się pobawić w domu, salon gier był prawdziwą Mekką . Z tej okazji postanowiłem przypomnieć kilka gier, w które można było zagrać na mieście, w poście pod tytułem:


Hity na automaty
te bardziej i mniej znane



     Autor niniejszego bloga jest na tyle stary by pamiętać czasy gdy w salonie gier emocje rozpalała gra "Space Invaders". Automat z ta produkcją znajdował się w drewnianym wagonie a'la "Wóz Drzymały" i aby do niego dotrzeć trzeba było drałować przez ciemny las. Wieczorne wędrówki wokół jeziora (akcja rozgrywa się na wczasach w ośrodku wczasowym "Lumel"), by dotrzeć do upragnionej budy z automatem były prawie tak samo emocjonujące jak obserwowanie starszego brata bijącego rekordy w "Space Invaders".


     Oczywiście polskie busy z automatami nie mogły równać się z tym co czekało na nas na tłustym, dekadenckim zachodzie. Wizyta w salonie gier była obowiązkowym etapem każdej zagranicznej wycieczki. Szok jaki wywoływała u mnie wizyta w jaskini komputerowej rozrywki nie da się z niczym porównać. Na widok "Mad Dog McCree" człowiek  rozdziawiał paszczę z wrażenia, uginały się pod nim kolana, a w głowie tłukła się myśl: "że ta gra wygląda jak film".





     "Sunset Riders" to kolejna gra osadzona na Dzikim Zachodzie, a więc dla miłośnika westernów (do których się zaliczam) była to  pozycja obowiązkowa. Zamiast filmowej, hiper-duper realistycznej grafiki a'la "Mad Dog McCree "mieliśmy kreskówkowe intro (które wtedy robiło wrażenie) i bardzo przyjemną, klasyczną "chodzoną" strzelankę.





     Powstała na bazie filmowego przeboju mojej młodości ,gra "Street Fighter: The Movie" posiadała wszystkich dobrze znanych z VHS-u ulicznych wojowników:

-Jean Claude Van Damme'a w roli głównej
-Kylie Minogue w roli drugoplanowej (parę lat później dowiedziałem się, że ta pani też śpiewa)
-etatowy filmowy indianin jako Sagat
-Głowa rodziny Adamsów jako Mr Bison
...i cała reszta plus
-filmowa grafika
-super intro
-toporna animacja

    Efekt (podobnie jak to miało miejsce w przypadku filmu) był na tyle powalający, że przymykałem oko na ciemne włosy Kena.



     Mało znana (chyba) gra z Królem popu w roli głównej. Chodzimy roześmianym Majkelem (lub jednym z jego braci bliźniaków) i naparzamy jakiś złych gości. Strzelamy promieniami, tańczymy (atak specjalny rozwalający wszystkich przeciwników na planszy) i ratujemy dzieci, które później zabieramy do swojej rezydencji. Wtedy nie wydawało mi się to czymś dziwnym. Wszak w "Michael Jackson's Moonwalker: The Arcade Game" grałem gdy Majkel był na muzycznym szczycie.





     Oczywiście nic tak nie przykuwało chłopięcej uwagi na salonie gier jak wielkie plastikowe guny przytwierdzone do obudowy automatu. Takie produkcje jak "Terminator 2: Judgment Day", czy "Alien 3: The Gun" dawały możliwość postrzelania z czegoś przypominającego pulse rifle, czy futurystyczny pistolet z podwieszonym granatnikiem. Mimo, że cała zabawa na jednym żetonie trwała jakieś 30 sekund, to człowiek odchodził od automatu ze spoconymi, roztrzęsionymi dłońmi. Swoją drogą w powyższe gry grałem chyba przed obejrzeniem obydwu filmów.






     Zasada "im większy plastikowy gun tym lepsza gra" sprawdzała się w większości wypadków. Jednak potęga plastikowej spluwy nie zawsze była warunkiem koniecznym by automatowa strzelanka zasługiwała na uwagę. "The House of the Dead" oferował nam "jedynie" zwykły plastikowy pistolecik. To  co działo się na ekranie w zupełności nam rekompensowało fakt, że nasze receptory na dłoniach rejestrowały mniejszą ilość trzymanego plastiku. Zombie, pijawki, gargulce, mięsożerne żaby, możliwość dekapitacji przeciwników, nawiedzony dom i panienka do uratowania, upchane na raz w jednej grze dało w efekcie jedną z najlepszych gier na automaty.



     Ludzie dzielą się na dwa typy: tych którzy grając na automatach wybierają manualną skrzynię biegów i tych, którzy zadowalają się automatem. Grając w "Sega Rally" ze wstydem muszę przyznać, że wybierałem tę drugą opcję. I choć wyścigi nigdy nie należały do moich ulubionych gier to porządny salon z automatami bez kultowych wyścigów Segi był jak niniejszy blog bez błędów interpunkcyjnych-niekompletny.




      W każdym porządnym salonie gier był  dziwny kącik z dziwnymi grami, w którym można było spotkać dziwnego pana. Taki pan nie grał jak wszyscy w "Metal Slug", "Tekkena", czy "Operation Wolf" lecz w pokręcone dziwactwa, do których nie zbliżał się każdy szanujący gracz. Dwa "dziwne tytuły" poniżej. 

      Ten pierwszy traktuje o łowieniu ryb i nie ma nic wspólnego z łowieniem ryb (nie gryzą nas komary, nie czekamy dwie godziny na pierwsze branie i nie chłodzimy piwka w wodzie). Jest za to ostra muzyczka i podekscytowany pan wołający "FISH!"



     Druga  gra polegała na odkrywaniu zdjęć pań przy akompaniamencie drętwej muzyczki i latających po ekranie robaczków. Nigdy nie zgłębiłem o co w tej produkcji chodziło, ale dziwni panowie, którzy zazwyczaj oblegali automat z tą grą skutecznie mnie do tego zniechęcili. Co ciekawe mogliśmy grać takimi postaciami jak Terminator, Robocop czy... Saddam Husajn.


     Dzisiaj,  wizyty w salonie gier nie są już tak emocjonujące. Konkurencja w postaci knajp z konsolami, w których można pograć i napić się piwa skutecznie odciąga mnie od grania na automatach. Jednak z dawnej pasji coś pozostało. Za każdym razem, gdy mijam salon gier, zaglądam żeby sprawdzić, czy pojawiło się coś nowego. Niestety  trzeba być czujnym, bo można trafić na coś takiego. 

Poniższy filmik niech będzie też końcowym motywem muzycznym.










1 komentarz:

  1. Wee! Automaty! Wiesz co, powiem Ci w tajemnicy, że pierwszą taką maszyną jaką zobaczyłem w życiu też było Spece Invaders. Scena działa się przy okazji wizyty w obwoźnym, wesołym miasteczku gdzie mój wujek dostrzegł charakterystyczny barakowóz z tuzinem starszych i jeszcze bardziej starych automatów, gdzie pognaliśmy z entuzjazmem. Tak więc fuksem, ale się załapałem na lekcję historii.

    Co do reszty Twojej listy Menklawo to widzę, że miałeś dzieciństwo na bogato :3. Nie było mi dane w tamtych czasach zetknąć się z automatową wersją Wściekłego Psa i innych pistoletowych wykwintności. Odbiłem sobie to wszystko trochę później, w przybytku gdzie można było w cenie kilku "kredytów" grać do woli na Saturnie przy ladzie w takie klasyki jak Sega Rally, Virtua Fighter 2 czy Virtua Cop.

    Mam za to trochę lepsze wspomnienia co do gry w "odkrywanie pań" bo wersja Gals Panic (jak mniemam) z jaką się spotkałem była dużo nowsza, z całą masą mangowych lasek i ani jednego Robocopa, Terminatora czy innego zboka.

    Nie pamiętam też kiedy ostatni raz byłem w salonie gier. Nie pamiętam kiedy ostatni raz WIDZIAŁEM salon gier.

    OdpowiedzUsuń